Życie jest gdzie indziej (Život je jinde, 1991)

Milan Kundera. Audiokniha. Překlad Jacek Illg.

Čte Piotr Olędzki.

Natočeno v roce 1991 (celkem 10 hod., 12 min.).

Pozn.: Kolejna książka jednego z najwybitniejszych twórców europejskich XX wieku powstała jeszcze w Czechach (1969-1970), zanim jako emigrant polityczny Kundera osiadł we Francji. W tym kraju za Życie jest gdzie indziej pisarz otrzymał w 1973 roku prestiżową Prix Médicis Étranger. Powieść jest swoistym „portretem artysty w czasach młodości“, na co wskazuje także pierwotny tytuł książki – „Wiek liryczny“ – w języku Kundery oznaczający „młodość“. Autor opowiada przypadki poety Jaromila, którego życiowe wybory naznaczone są dominującą osobowością matki, towarzyszącej mu – w przenośni – od łoża miłości aż po łoże śmierci – w znaczeniu dosłownym. Kundera zdaje się mówić, że poeci liryczni pochodzą z domów, w których rządzą kobiety. Kreśląc sylwetkę Jaromila, momentami wzruszająco śmiesznego, a przy tym niesłychanie naiwnego, pisarz z typową ironią i delikatnością dotyka tak kluczowych dla całej swojej twórczości pojęć, jak dzieciństwo, macierzyństwo, rewolucja czy poezja.

Fragmenty książki: Fakt, że inżynier dostał mieszkanie kompletnie urządzone, był mu w pewnym sensie na rękę, ponieważ oprócz zawartości dwóch wspomnianych walizek nie miał żadnego majątku; mimo to proponował jednak, żeby za pomocą drobnych poprawek zmienić wygląd pokoju. Ale matka poety nie zamierzała dopuścić do tego, by ten, który ją posyłał pod nóż ginekologa, śmiał naruszyć dawny układ wnętrza, w którym zawarty był duch jej rodziców i wiele lat słodkiego przyzwyczajenia, oswojenia i bezpieczeństwa.

Część pierwsza albo Poeta przychodzi na świat

Kiedy matka poety zastanawiała się nad tym, gdzie jej syn został poczęty, brała pod uwagę tylko trzy możliwości: albo wieczorem na ławeczce w parku, albo pewnego popołudnia w mieszkaniu kolegi ojca poety, bądź też przedpołudniem w romantycznym krajobrazie nieopodal Pragi.

Gdy podobne pytanie stawiał sobie jego ojciec, dochodził do wniosku, że poeta został poczęty w mieszkaniu kolegi, ponieważ tego dnia wciąż prześladował go pech. Matka poety nie chciała tam pójść, dwa razy się pokłócili, dwa razy się pogodzili, kiedy się kochali, ktoś przekręcił klucz w drzwiach sąsiedniego mieszkania, matka poety wystraszyła się, przestali się kochać, później zaś dokończyli zdenerwowani, co uważał ojciec za przyczynę poczęcia poety.

Matka poety jednak w ogóle nie dopuszczała możliwości, iżby poeta miał być poczęty w wypożyczonym mieszkaniu (panował w nim starokawalerski bałagan i matka brzydziła się rozścielonego łóżka, w którym na prześcieradle leżała wymięta cudza piżama), odrzucała także i tę możliwość, że został poczęty na ławeczce w parku, gdzie dała się namówić na kochanie bardzo niechętnie i wbrew swemu gustowi, mierziło ją bowiem to, że właśnie na takich ławkach kochają się w parku prostytutki. Było więc dla niej całkiem jasne, że poeta mógł być poczęty jedynie podczas słonecznego letniego przedpołudnia za ścianą wysokiego bloku skalnego, sterczącego patetycznie wśród innych głazów w dolinie będącej miejscem niedzielnych spacerów prażan.

Sceneria ta nadaje się na miejsce poczęcia poety z wielu względów: oświetlona południowym słońcem, jest scenerią blasku, a nie ciemności, dnia, a nie nocy: jest to miejsce pośród otwartej naturalnej przestrzeni, a więc miejsce wzlotu, rozwinięcia skrzydeł; i wreszcie, choć niezbyt oddalona od ostatnich zabudowań miejskich, jest to okolica romantyczna, najeżona skałami sterczącymi w dziko ukształtowanym terenie. To wszystko wydawało jej się wymownym obrazem tego, co wówczas przeżywała. Czyż jej wielka miłość do ojca poety nie była romantycznym buntem przeciwko prozaicznemu życiu jej rodziców? Czyż odwaga, z jaką ona, córka bogatego sklepikarza, wybrała ubogiego, świeżo upieczonego inżyniera, nie była w istocie podobna do tego nieujarzmionego krajobrazu?

Matka poety przeżywała wtedy wielką miłość i niczego tu nie zmienia rozczarowanie, które przyszło niebawem, kilka tygodni po owym pięknym przedpołudniu za skałą. Kiedy bowiem radośnie podniecona oznajmiła swemu kochankowi, że już dość znacznie opóźnia się intymna niedyspozycja, która jej co miesiąc uprzykrza życie, inżynier z oburzającą obojętnością (choć, jak nam się zdaje, udawaną i niepewną) oświadczył, że chodzi tu o drobne zaburzenie cyklu fizjologicznego, który na pewno powróci znów do swego dobroczynnego rytmu. Mama wyczuła, że jej kochanek nie chce dzielić z nią nadziei i radości, obraziła się i nie rozmawiała z nim aż do chwili, gdy lekarz oznajmił jej, że jest w ciąży. Ojciec poety powiedział wówczas, że przyjaźni się z pewnym ginekologiem, który dyskretnie uwolni ją od kłopotu, na co mama wybuchnęła płaczem.

Wzruszające bywają finały młodzieńczych buntów. Najpierw zbuntowała się przeciw rodzicom w imię młodego inżyniera, a potem zwróciła się do nich o pomoc przeciw niemu. I rodzice nie zawiedli; spotkali się z nim, przemówili mu do serca i inżynier, zrozumiawszy widocznie, że nie ma wyjścia, zgodził się na wystawne wesele i przyjął bez skrupułów spore wiano, które umożliwiło mu założenie własnego przedsiębiorstwa budowlanego; swój skromny dobytek, mieszczący się w dwóch walizkach, przeniósł do willi, gdzie jego młoda żona mieszkała od urodzenia ze swymi rodzicami.

Zręczna kapitulacja inżyniera nie mogła już wszakże zataić przed mamą poety, iż to, w co rzuciła się z zapamiętaniem, które wydawało jej się wspaniałe, nie było wzajemną wielką miłością, do której, jak sądziła, miała pełne prawo. Jej ojciec był właścicielem dwóch prosperujących praskich drogerii, a córka wyznawała zasadę wyrównanych rachunków; skoro zainwestowała w miłość wszystko (była przecież gotowa zdradzić nawet własnych rodziców i ich zaciszny dom!), chciała, żeby partner włożył do wspólnego skarbca jednakową sumę uczuć. Starając się naprawić niesprawiedliwość, pragnęła teraz znowu z owej skarbnicy uczuć odebrać sobie to, co w niej ulokowała, i ukazywała mężowi po ślubie dumne i surowe oblicze.

Z rodzinnej willi wyprowadziła się niedawno siostra matki poety (wyszła za mąż i wynajęła mieszkanie w centrum miasta), stary sklepikarz z żoną pozostali więc w pokojach na parterze, a inżynier z ich córką mogli zamieszkać nad nimi w trzech pokojach, dwóch większych i jednym mniejszym, urządzonych dokładnie tak, jak to przed dwudziestoma laty pomyślał ojciec panny młodej, kiedy willę zbudował. Fakt, że inżynier dostał mieszkanie kompletnie urządzone, był mu w pewnym sensie na rękę, ponieważ oprócz zawartości dwóch wspomnianych walizek nie miał żadnego majątku; mimo to proponował jednak, żeby za pomocą drobnych poprawek zmienić wygląd pokoju. Ale matka poety nie zamierzała dopuścić do tego, by ten, który ją posyłał pod nóż ginekologa, śmiał naruszyć dawny układ wnętrza, w którym zawarty był duch jej rodziców i wiele lat słodkiego przyzwyczajenia, oswojenia i bezpieczeństwa. Młody inżynier i tym razem skapitulował bez walki; pozwolił sobie tylko na jeden mały sprzeciw, który odnotowujemy: w pokoju, w którym małżonkowie kładli się do snu, stał mały stolik; na jego szerokiej nodze spoczywał ciężki okrągły blat z szarego marmuru, na nim zaś stała figurka nagiego mężczyzny; mężczyzna trzymał w lewej ręce lirę, którą opierał o swój lekko wystający bok. Prawą rękę wyrzucił w patetycznym geście, jakby jej palce przed chwilą uderzyły w struny; prawa noga była wysunięta do przodu, głowa lekko uniesiona, tak że oczy spoglądały w górę. Dodajmy jeszcze, że twarz mężczyzny była niezwykle piękna, włosy kędzierzawe, a biel alabastru, z którego figurka była wykonana, dodawała postaci czegoś delikatnie dziewczęcego, czy też bosko dziewiczego; zresztą słowa *boski* użyliśmy nie bez powodu: według napisu wyrytego na podstawce mężczyzna z lirą był greckim bogiem Apollinem.

Rzadko jednak matka poety mogła przyglądać się mężczyźnie z lirą bez zdenerwowania. Zazwyczaj stał odwrócony tyłem do pokoju, kiedy indziej służył jako stojak na kapelusz inżyniera, innym razem na jego delikatnej głowie wisiał but, a kiedyś znów miał na sobie skarpetkę inżyniera, która – jako że śmierdziała – stanowiła wyjątkowe znieważenie władcy Muz.

Jeżeli matka poety przyjmowała to wszystko ze zniecierpliwieniem, winne temu było nie tylko jej słabe poczucie humoru; wyczuła całkiem słusznie, że poprzez skarpetkę na ciele Apollina mąż, pod płaszczykiem żartu, daje jej do zrozumienia to, co z grzeczności przemilczał: że odrzuca jej świat i że kapituluje przed nim jedynie tymczasowo.

W ten sposób alabastrowy przedmiot stał się rzeczywistym antycznym bogiem, a więc istotą spoza świata ludzkiego, która w ten ludzki świat ingeruje, komplikuje rozgrywające się w nim wydarzenia, intryguje i zdradza to, co utajone.

Młoda małżonka spoglądała nań jak na swego sprzymierzeńca i jej marzycielska kobieca natura uczyniła zeń żywą istotę, w której oczach pojawiało się chwilami kolorowe złudzenie tęczówek, a usta zdawały się oddychać. Polubiła tego nagiego młodzieńca, który był dla niej i z jej powodu znieważany. Patrzyła na jego śliczną twarz i pragnęła, aby dziecko rosnące w jej brzuchu było podobne do tego pięknego nieprzyjaciela jej męża. Chciała, żeby było do niego na tyle podobne, by mogła myśleć, że to nie mąż, ale ów młodzieniec jest tym, który ją zapłodnił; prosiła go, aby swym urokiem naprawił niefortunne poczęcie, odcisnął na nim swoje piętno, przemalował je, jak kiedyś wielki Tycjan namalował swój obraz na płótnie zepsutym przez partacza.* Znajdując mimowolnie wzór w Marii Pannie, która została matką bez udziału człowieka i stworzyła w ten sposób ideał macierzyńskiej miłości, do której ojciec się nie miesza i nie przeszkadza w niej, doznała prowokacyjnego pragnienia, aby nazwać dziecko Apollo, co oznaczało dla niej Ten, który nie ma ludzkiego ojca. Wiedziała jednak, że jej syn miałby ciężkie życie z takim wydumanym imieniem i że wszyscy śmialiby się z niej i z niego. Szukała więc czeskiego imienia odpowiedniego dla młodzieńczego greckiego boga i przyszło jej na myśl imię Jaromil; na to się wszyscy zgodzili. Zresztą, była akurat wiosna i kwitły bzy, kiedy pewnego dnia odwieźli ją do szpitala; tam po kilku godzinach bólu wysliznął się z niej młody poeta na zanieczyszczone prześcieradło świata.* * Jaromil w języku czeskim znaczy: miłujący wiosnę – przyp. tłum.

If you enjoyed this post, please consider to leave a comment or subscribe to the feed and get future articles delivered to your feed reader.

.
Komentáře

Zatím nemáte žádné komentáře.

Napište komentář k článku

(povinné)

(povinné)